https://www.Autostopik.pl • Zobacz wątek - Autostopowe reminiscencje: Węgry, Chorwacja, Bośnia...
Email:
Nazwa użytkownika:
Kontakt:
Data przejazdu:
Akceptuję regulamin korzystania z serwisu AUTOSTOPEM.eu
Liczba miejsc:
Samochód:
Z:
Przez:
Do:
Liczba miejsc:
Z:
Do:
Opis:

Autostopik.pl

Forum o tematyce AutoStopowej.

Dodaj DARMOWE Ogłoszenie Autostopowe do PMPK.pl i Autostopem.EU

Autostopowe reminiscencje: Węgry, Chorwacja, Bośnia...

Śmieszne, zaskakujące opowieści z trasy.

Autostopowe reminiscencje: Węgry, Chorwacja, Bośnia...

Postprzez pitrus » 6 sty 2012, o 22:29

Niedawno odnalazłem zapiski z mojego pierwszego, zagranicznego, autostopowego wyjazdu. Latem 2006 roku wraz z mym przyjacielem Paszczaqiem ruszyliśmy na Bałkany. Tekst spisywany w trakcie wyjazdu oraz zaraz po nim jest przydługi, a momentami wręcz nudnawy, ale może ktoś wybierający się w tamte strony będzie miał z niego jakiś pożytek.

1 sierpnia
Około, 7 rano stajemy na drodze wylotowej z Krakowa w kierunku Zakopanego. Miejsce jest na górce, za nami przystanek, jest się gdzie zatrzymać... ale przez 40 min nikt nie staje. Wsiadamy do busika i po trzech kwadransach jesteśmy w Myślenicach. Dalej 30 min na nogach, wzdłuż Zakopianki do miejsca, w którym jezdnia zwęża się do jednego pasa w każdą stronę, i tam po raz drugi wyciągamy karteczkę z napisem Chyżne. Mimo, iż ruch duży stoimy prawie 2 godziny, może to przez nasze olbrzymie plecaki(?), na domiar złego zaczyna padać. Gdy nasza tabliczka już prawie całkiem się „rozpływa” na pobocze zjeżdża Tir. Jednak kierowca wcale nie zatrzymał się po to żeby nas zabrać, coś tam chciał sprawdzić. Podchodzimy, pytamy, ostatecznie zgadza się, przed tym jednak zadając pytanie „czy śmierdzą wam skarpetki?” To pierwszy dzień, wiec jeszcze nie śmierdziały. Tak wiec jedziemy. Trochę gadamy, słuchamy muzyczki m.in. szlagieru „Moja dziewczyna jest po Słowackiej stronie Tatr...”, dwa razy się zatrzymujemy, na postoju pijemy herbatkę, robimy zakupy i dalej w deszczu mkniemy do granicy. Nasz kierowca jechał do Zagrzebia, my do Budapeszt więc przed przejściem rozstajemy się. Granice przekraczamy już pieszo, siadamy na ławeczce tuż za przejściem. Deszcz na chwilę ustał. Przejeżdża nasz kierowca machamy sobie jeszcze na pożegnanie, chyba bardzo mu się nudzi ta jazda samemu bo namawiał nas mocno byśmy jechali z nim dalej do Zagrzebia…
Mimo małego ruchu za przejściem, już po 30 minutach siedzimy w Tirze do Budapesztu! Kierowca na pierwszy rzut oka mało sympatyczny, klnie jak szewc. Po kilku minutach jazdy zawracamy na granice. Okazuje się ze nasz tirowiec zapomniał jakiegoś dokumentu, musi wrócić na polską stronę, my zostajemy na przejściu i czekamy na niego. Wsiadamy z powrotem i jedziemy, mało rozmawiamy, ale dzięki temu możemy się wyspać ;) Około 17 jesteśmy na przejściu graniczmy w Sahach. Mimo, iż mówimy kierowcy, że lepiej będzie jeśli jeden z nas przekroczy granice pieszo, bo trzy osoby w szoferce to podobno za dużo, on stwierdza żebyśmy zostali, zostajemy i granice przekraczam nielegalnie ukrywając się w tylnej części szoferki. Za przejściem krótki postój, deszcz cały czas pada, no i ruszamy w stronę stolicy Węgier. Im bliżej Budapesztu tym mocniejszy deszcz, na domiar złego w „naszym” Tirze zaczyna coś szwankować, na kilkanaście kilometrów przed Budapesztem zaliczamy kilka postojów i „szukamy” węża (prawdopodobnie służącego do pompowania kół) uff wąż znaleziony jedziemy dalej. Około 21 jesteśmy w Budapeszcie, na środku olbrzymiego skrzyżowania żegnamy się z naszym kierowca i w strugach ulewnego deszczu niczym żołnierze alianccy lądujący na plaży „Omaha” wyskakujemy z szoferki. Cali mokrzy przez kolejną godzinę szukamy skłotu AK57, który odnajdujemy w centrum miasta nieopodal alei Rakoczego.
Przed bramą kamienicy spotykamy Hoini wprowadza nas do środka, tam rozkładamy mokre rzeczy, przybywają kolejni ludzie: Dana z Mediolanu, dwie amerykanki; oraz stali mieszkańcy, jemy kolacje, przygotowaną z resztek odstępowanych skłotersom przez pobliską restauracje, długo rozmawiamy... idziemy spać.
2 stopy
około 400 km

2 sierpnia
AK57 właściwie nie jest typowym skłotem. Jest to lokal należący do organizacji pozarządowej która użycza go węgierskim anarchistom. Następnego dnia wraz z innymi podróżnikami, mieszkającymi w tym okresie na skłocie, oraz naszym przewodnikiem Toxikiem ruszamy zwiedzać węgierską stolice. Po drodze zakupy na bazarze: warzywa, nabiał, chleb; wsiadamy do tramwaju, potem jedziemy kolejkę pod miejską, Toxic na moje pytanie czy u nich komunikacja miejska jest darmowa odpowiada śmiechem, tak więc biletów nie kasujemy:) Do 16 zwiedzamy miejsca w których w październiku 56 rozpoczynała się rewolucja, w przerwie jemy śniadanie/obiad? Wracamy do centrum i wraz z Daną wyruszamy pieszo w stronę Dunaju, idziemy wzdłuż rzeki, dochodzimy pod budynek parlamentu, przechodzimy na drugą strone rzeki, do dawnej Budy, na południowym czy może raczej zachodnim brzegu robimy zakupy i posilamy się na ławeczce w parku. Dołącza do nas para bezdomnych jemy i rozmawiamy bez słów. Do zmierzchu łazimy po starym mieście. Wracamy na skłot i po kolejnych godzinach rozmów idziemy spać.

4 sierpnia
Po dwóch dniach w Budapeszcie czas ruszyć dalej w stronę Adriatyku. Wstajemy o 6 rano po zaledwie kilku godzinach snu. Wszyscy jeszcze śpią, więc szybko pakujemy się i po cichu wychodzimy. Na alei Rakoczego zgodnie z instrukcją Toxika wsiadamy w tramwaj nr 4. Po kilku przystankach dochodzimy do wniosku, że jedziemy w złą stronę, przesiadamy się. Tramwaj toczy się powoli ulicami miasta, przejeżdża przez most na Dunaju, a my jeszcze raz oglądamy zabytkowe malownicze centrum węgierskiej stolicy. Po kilkunastu minutach dojeżdżamy do pętli, tam szybkim krokiem na przystanek autobusowy linii 48. Zaliczamy jeszcze szybkie zakupy, i ładujemy się do autobus podmiejskiego. Jedziemy kilka przystanków, wysiadamy na tym wskazanym przez Toxica(nieopodal supermarketu Billa), i dalej wzdłuż autostrady idziemy do najbliższej stacji benzynowej, jest ona połączona z makdonaldem. Stajemy przy wyjeździe z karteczką Balaton, ludzie się do nas uśmiechają, machają ale nikt nie chce nas wziąć. Po niespełna godzinie „lituje się” nad nami właściciel Forda Focusa. Kierowca nie mówi w żadnym języku, oprócz ojczystego, wiec jedziemy w ciszy ograniczając się jedynie do odczytania, z rozmówek polsko-węgierskich, kilku słów wyrażających wdzięczność.
Nie mija godzina jazdy i już jesteśmy w Siofoku, nadbalatońskim kurorcie. Tam jemy drugie śniadanie i stopujemy dalej – bez skutku. Stoimy w centrum miasteczka więc postanawiamy przenieść się kawałek dalej. Po paru chwilach zatrzymuje się samochód. Miła pani która nas zabrała ma koło 50 lat. Nie zna angielskiego, ale uśmiechy i gesty mówią wszystko. Może ma dzieci w naszym wieku, które też jeżdżą stopem? Podwozi nas na autostradę. Jeszcze kawałek na nogach i stoimy przy wjeździe na nowo wybudowany odcinek autostrady prowadzącej wzdłuż Balatonu. Zrywa się mocny wiatr i zaczyna się chmurzyć. Wzgórza na przeciwnym brzegu jeziora wyglądaj niezwykle malowniczo. Nie mamy jednak zbyt wiele czasu na podziwianie widoków, zaczyna padać. Szybko zdejmujemy plecaki, rozstawiamy się, miejsce jest średnie, ni to rondo ni wjazd, Paszczaq idzie sprawdzić za zakręt czy nie ma czegoś lepszego i w chwili gdy go nie ma podjeżdża samochód kierowca chce nas zabrać, robi się za nim korek, nie może czekać, odjeżdża. Na szczęście nie mija kwadrans i już siedzimy w luksusowym BMW. Z prędkością dochodzącą do 250 km/h mkniemy na drugi kraniec urokliwego jeziora. Tam wysiadamy i stajemy przy drodze prowadzącej do granicy z Chorwacją. Stopujemy za rondem na którym to kilka lat temu wypadek miał polski autokar, o tamtej tragedii przypomina pomnik stojący przy drodze. Ruch nie duży, ale na szczęście szybko zatrzymuje się Opel Corsa, znowu zaczyna padać deszcz. Kierowcą okazuje się być Węgier który 30 lat temu wyemigrował z ojczyzny do USA, a teraz jest w starym kraju na wakacjach. Po miłej rozmowie wysiadamy 30 km przed granica w Nagykanizsa. Deszcz cały czas pada, chowamy się na stacji benzynowej, za drobne forinty kupuje czekoladę, posilamy się i próbujemy pytać ludzi na stacji, nikt nas nie bierze. Na szczęście przestaje padać idziemy wzdłuż drogi i dochodzimy do jakiegoś supermarketu, robimy zakupy. Wychodzimy na zewnątrz, pokazuje się słońce, robimy sobie obiadek na schodkach przed sklepem, odpoczywamy. Około 15 zbieramy się i idziemy w stronę wylotu z miasta, stajemy pod tablicą Letenye tj. miejscowość graniczna. Tam dość szybko łapiemy starego Suzuki Swifta i mkniemy do granicy. Kierowca, lekko wstawiony, nie zabiera nas do przejścia tylko do... knajpy. Koniecznie chce nam postawić po piwie, my jednak grzecznie dziękujemy, ponieważ czas nagli, i już pieszo udajemy się do przejścia. Węgierscy celnicy przepuszczają nas bez przeszkód, dostajemy jeszcze jakieś gadżety jednej z firm petrochemicznych. Druga kontrola wygląda nieco gorzej, Chorwat wypytuje po co? dlaczego? sprawdza podręczny bagaż, ale też przepuszcza nas bez większych problemów.
Za granicą kupujemy trochę kun i idziemy na stacje benzynową, tam swojego Tira tankuje chorwacki kierowca, okazuje się że jedzie do Zagrzebia i może nas zabrać. Droga mija głównie na rozmowach. Łamaną angielszczyzną gadamy o imprezowaniu, alkoholu, narkotykach: „łan dżoint end tałzynt kilometers”, polityce. Po raz pierwszy spotykamy się ze śladami wojny; kierowca ostrzega nas przed Serbami, twierdzi iż jeśli wsiądziemy do serbskiego samochodu może to być nasz ostatni autostop, a w najlepszym wypadku zostaniemy okradzeni. Wysiadamy na przedmieściach Zagrzebia, tirowiec wskazuje nam przystanek autobusu miejskiego, przystanek to dużo powiedziane kij wbity w ziemie i tyle. Nie mając nadziei na przybycie autobusu zaczynamy bez skutecznie stopować, przychodzą dwie dziewczyny jak się okazuje pracują w pobliskim supermarkecie, właśnie wracają do domu. Autobus przyjeżdża po chwili, jedziemy kilka minut, dalej przesiadamy się we wskazany przez nie tramwaj, z jego okien podziwiamy chorwacką stolicą. Docieramy do centrum miasta. Nad chorwacką stolicą zbierają się chmury. W ostatniej chwili przed deszczem wchodzimy do budynku dworca kolejowego, nieco podobnego do krakowskiego, tam posilamy się, sprawdzamy pociągi do Sarajewa i czekamy do 22 na Maye, dziewczynę u której będziemy nocować. Znamy ją dzięki serwisowi couchsurfing.com . W strugach ulewnego deszczu wraz z Mayą i psem którym się opiekuje idziemy do jej mieszkania w samym centrum stolicy. Wchodzimy na gore, witamy się z przyjaciółmi naszej gospodyni chwile gadamy, kąpiemy się, ustawiamy budziki na 6.00 rano i bardzo zmęczeni idziemy spać.
6 stopów
około 400 km

5 sierpnia
Rano wstajemy zgodnie z planem. Zbieramy się szybciutko, zostawimy karteczkę z podziękowaniami oraz mały upominek dla Mayi, nie budząc nikogo wychodzimy. Szybkim krokiem idziemy przez śpiące jeszcze miasto, po drodze odwiedzamy sklep. Docieramy na dworzec kolejowy w budynku powoli zaczyna się ruch, nie ma wielkich kolejek do kas wiec bez problemu kupujemy bilety. Pociąg mamy o 8,15 jest jeszcze chwilka, w głównej hali dworca, zagaduje do nas Anglik też jedzie do Sarajeva. Po krótkiej pogawędce idziemy do pociągu, składa się on z dwóch wagonów i lokomotywy. Na peronie kłębi się sporo ludzi. Wsiadamy jako jedni z ostatnich, nie ma już wolnych miejsc siedzących „nasz anglik” ulokował się w jakimś przedziale. Pociąg rusza. Na korytarzu zostaliśmy my i jeszcze dwie osoby. W czwórkę przechodzimy przez cały wagon, ostatni przedział jest pusty, na drzwiach wisi karteczka „Reservacja” oczywiście wchodzimy:) Wygodnie rozsiadamy się w pustym przedziale. Ludzie których spotkaliśmy to meksykańskie rodzeństwo jadą na rozpoczynający się właśnie w Sarajevie Kongres Esperantystów.
Przejeżdżamy przez Syrbską Krainę, czyli cześć Chorwacji w której przed wojną zamieszkiwali Serbowie, za oknem straszą ich opustoszałe, zaminowane, domy... Nie dostały się w ręce Chorwatów. Pociąg wlecze się okropnie, wreszcie dojeżdżamy do granicy, kontrola idzie dość sprawnie, wjeżdżamy do Bośnii a dokładnie do jej serbskiej części. Na granicy widzieliśmy flagę bośniacką, kilka kilometrów dalej na wielu domach powiewają serbskie narodowe barwy. Tu wszyscy pamiętają o wojnie, a nacjonalistyczne nastroje są bardzo silny. Czas mija na spaniu oraz rozmowach z naszymi towarzyszami podróży. Przejeżdżamy przez Banja Lukę. Mieliśmy się tu spotkać z bośniackim pisarzem Zdravko Kecmanem i przekazać mu niedawno wydany w Krakowie jego tomik wierszy ale coś mu niestety wypadło. Za oknem coraz częściej pojawiają się wierzę minaretów. To znak, że opuściliśmy syrbską republikę, i jesteśmy już w część bośniackiej. W pociągu konduktor próbuje nas namówić na nocleg w jednym ze stołecznych hoteli... bezskutecznie, jesteśmy już umówieni z Peterem kolejną osobą która znamy z serwisu Couchsurfing. Pociąg z ponad godzinnym opóźnieniem dojeżdża do Sarajeva. Z okien podziwiamy położoną wśród wzgórz stolice Bośni. Dziesięć lat temu z tych wzgórz prowadzony był ostrzał miasta, podczas 3 letniego oblężenia zginęło ponad 10 tysięcy osób. Pociąg zatrzymuje się na dworcu, składającym się z... jednego peronu. Wysiadamy, do naszego pociągu błyskawicznie wpadają gromadka dzieci, biegają po przedziałach zbierając rzeczy pozostawione przez podróżnych. Żegnamy się z Meksykanami, a peron szybko pustoszeje, zostajemy na nim sami. Paszczaq dzwoni do Petera odbiera jego dziewczyna, już idą. Peter Amerykanin z Colorado, jest właśnie w trakcie „one gap year”, od przeszło miesiąca mieszka w Sarajewie. Znalazł sobie już tu dziewczynę, a na co dzień zajmuje się głównie robieniem zdjęć. W czwórkę przechodzimy przez nieproporcjonalnie duży budynek dworca. Przed nim nasi znajomi z pociągu rozmawiają z taksówkarzami, my idziemy w swoją stronę. Przechodzimy kawałek pieszo, wsiadamy w tramwaj, wysiadamy i jeszcze kawałeczek pod górkę, na nogach. Jedna z większych ulic nosi nazwę Jozifa Broz Tity. Dziewczyna Petera tłumaczy, że wszyscy go tu bardzo szanują. Za jego czasów wszyscy żyli ze sobą w zgodzie, a Jugosławia byłą bogatym krajem. Naprzeciw kamienicy, w której mamy spędzić najbliższą noc mieści się redakcja gazety, podobno jako jedyna ukazywała się ona w czasie oblężenia miasta. Zostawiamy bagaże i ruszamy na spacer. Sarajewo ma dwie starówki austriacką i turecką. Ta druga ma bardziej komercyjny charakter, tam też idziemy na obiad. Paszczaq i nasi gospodarze jedzą jakieś kiełbaski ja zajadam się burekiem czyli pysznymi serowymi plackami. Po kolacji spacerujemy, dochodzimy do miejsca, w którym Gawriło Princips zastrzelił arcyksięcia Franciszka Ferdynanda. Miasto otaczają malownicze góry. Pytam dziewczynę Petera czy można się tam normalnie wybrać. Odpowiada, że oczywiście tak. Jednak Peter ironicznie dodaje, iż trzeba tylko uważać na zrobione z plastiku miny, których nie da się rozbroić. Przysiadamy na chwilę w tureckiej herbaciarni i wypijamy po filiżance pysznego napoju. Rozdzielamy się, i już tylko we dwójkę łazimy po mieście, dokupujemy jeszcze po bureku, oglądamy meczety, dużo ich w centrum miasta, przed jednym z nich tablica oznajmująca iż na teren świątyni nie wolno wnosić broni palnej. Spacer kończymy ponad godzinnym oczekiwaniem na spóźniających się gospodarzy. Stoimy jak te ciołki, gadamy, więc czas nawet jakoś mija. Zagadują do nas żołnierze amerykańscy którzy przyjechali po służbie się rozerwać. Około północy jesteśmy z powrotem w mieszkaniu Petera. Rano mamy wstać o 6 bo jedziemy razem do Mostaru. Oglądamy jeszcze film, Peter wypala dżojnta na dobranoc i idziemy lulu.

6 sierpnia
Pobudka jest ciężka… zaspaliśmy. Szybko zbieramy manatki i biegniemy do głównej ulicy. Mijamy wyglądającą jak forteca ambasadę USA i ambasadę Niemiec przed którą kłębi się tłum oczekujących na wizy. Zatrzymujemy jakąś taksówkę i pędzimy na dworzec. W ostatniej chwili wsiadamy w pociąg, który jest odpowiednikiem nasza osobówka ale o dziwo o wyższym standardzie fotele takie wygodne… a może to my jesteśmy tacy niewyspani? Pociąg rusza a my zasypiamy. Budzi mnie wpadające przez okno słońce. Piękne widoki roztaczają się na zewnątrz. Jedziemy przez sięgające 2000 m. n.p.m. góry. Podziwiam widoki, walcząc ze snem. Obserwuje konduktora, człowiek po 40, ewidentnie zmęczony życiem, wory pod oczami, bruzdy na twarzy, ciekawe co robił w czasie wojny. Na miejsce dojeżdżamy koło 10. Co dalej, zostać w Mostarze, bez noclegu pojechać do Chorwacji na stopa, co odradza nam dziewczyna Petera, jest niedziele, a my jeszcze chcemy zobaczyć miasto. Jedziemy do Splitu autobusem. Kupujemy bilety na wczesne popołudnie i idziemy na miasto. Zaraz przed dworcem spotykamy weselny kondukt samochodów z okien powiewają wielkie Chorwackie flagi. W Mostarze wybuchły niedawno zamieszki między Bośniakami i Chorwatami po meczu piłkarskim w MŚ między Chorwacją i Brazylią(sic) zginęły w nich dwie osoby. Miasto jest niesamowite, otoczone malowniczymi górami, wygląda jak by przycupnęło na obu brzegach Neretwy i było połączone jedną przeprawą - malowniczym mostem. Starówka jest bajeczna trochę przystosowana pod turystów tych jednak nie ma na szczęście za wielu. Spotykamy jednak wycieczkę z polski, no tak Medziugorie blisko. Zwiedzanie kończymy pożegnaniem z naszymi gospodarzami. Ruszamy na dworzec odwiedzając sklep. Kupujemy kilka gadżetów m. in. dżem (najtańszy). Na dworcu nie miła niespodzianka. Okazuje się że koleś w kasie sprzedał nam bilet na autobus kilka godzin wcześniej. To co trzymamy w rękach możemy sobie wsadzić. Kupujemy następny bilet i jedziemy do Splitu. Po męczącej długiej jeździe docieramy do celu około godziny 20. Siadamy na ławce w porcie tuż przed pałacem Dioklecjana wyjmujemy marynowane węgierskie warzywa. Niezwykle niedobre, ale głód robi swoje więc wcinamy… Jako, że nie mamy noclegu posileni ruszamy by wyjść z centrum i znaleźć miejsce na nocleg. Idziemy, idziemy robi się ciemno jesteśmy na jakimś blokowisku. Dochodzimy do stadionu Hajduka Split nadal blokowisko. Wracamy do centrum po drodze dzwonimy do Penksa z Rijeki by dać mu znać, że najprawdopodobniej jutro się spotkamy. Bujamy się w stronę centrum znowu oglądamy pałac Djoklecjna. Masy turystów na ulicach. Ludzie wychodzą z kościoła po wieczornej mszy, jest niedziela. Portowa woda specyficznie cuchnie. Plecaki robią się coraz cięższe. Idziemy na dworzec. Tam ławki nie zbyt wygodne, ale próbujemy lulać. Paszczaqowi się chyba nawet udaje mi nie bardzo. Na razie nie jest jednak źle. Nagle budzi nas hałas, stoją nad nami bezdomni po za nimi i nami w hali nie ma już nikogo ostatni pociąg odjechał. Spierdalamy stamtąd jest przed 12 znowu idźmy pod górę do parku, nagle dostrzegamy rozbite namioty przy jednym z domów. Wbijamy tam i pytamy o nocleg… to harcerze, ale nie pozwolą nam się rozbić mówią jednak o polu namiotowym „Pliczwice” Zdesperowani idziemy we wskazanym kierunku. Znowu przechodzimy przez port te same zapachy tylko ludzi już prawie nie ma. Przy dworcu autobusowym znowu zaczepia nas koleś oferując nocleg za kasę w przypływie słabości zaczynam się z nim targować. Na szczęście paszczaq przywołuje mnie do porządku. Idziemy dalej i dochodzimy na plaże z barem. Trwa impreza. Nie zrażeni tym podchodzimy do baru i pytamy o pole kempingowe koleś nie kuma za bardzo wiec po chorwacku pytamy „szotor?” on odpowiada że możemy się gdzieś rozbić i że nie powinno być problemu z policją. Nareszcie wspinamy się na jakiś w miarę plaski kawałek skarpy rozbijamy namiot i po 1 nareszcie zasypiamy.

7 sierpnia
Budzimy się przed 6 jest już jasno. Zwijamy namiot i jeszcze na siedząco kimamy. Po nieznacznych ablucjach w Adriatyku ruszamy koło 7 w stronę wylotówki. Po drodze kupujemy chleb i szamiemy idąc, pycha śniadanko. Dochodzimy do dworca wsiadamy w autobus wywozi nas pod stadion Hajduka, ale to chyba złe miejsce. Idziemy dalej. Skręcamy w lewo i na moje oko jesteśmy na dobrej drodze do wylotówki. Próbujemy łapać niestety bez skutku, a robi się coraz goręcej. Idziemy dalej pytamy ludzi mówią, że droga dobra tylko że jeszcze 10 km. Masakra, idzie zwariować. Wody brak, sklepu brak, a perspektywa długiego marszu… Na szczęście kawałek dalej jest supermarket. Wbijamy i kupujemy wodę. Dobra, to teraz możemy ruszyć na dalsze poszukiwanie wylotówki! Idziemy i o to nareszcie widzimy w prawo na Dubrownik w lewo na Zagrzeb i Rijekę. Nie była aż tak daleko. Ale jest już prawie jedenasta. Zaczynamy łapać i po 40 min siedzimy w Yarisie miłej pani, która podwozi nas jakieś 50 km na północ. Znowu stoimy przy drodze sznur aut. Łapiemy przy niedziałającej stacji benzynowej. Ktoś się zatrzymuje, robi sobie z nas jaja. Jakoś nas to dziś mało bawi. Przydrożny straganik kusi nas wielce więc Paszczaq wyrusza z misją kupienia jakiegoś warzywa. Wraca z pomidorem. Dostał go za darmo. Chyba wyglądamy na głodnych. Niedaleko nas parkuje tir jedzie do Rijeki ale może zabrać tylko jedną osobę. Nie rozdzielamy się i łapiemy dalej. Po kilku chwilach siedzimy w żółtej Fabii fotografa. Mknie po autostradzie. Podziwiamy wybrzeże, za oknami migają nam malownicze miasteczka takie jak Trogir, gadamy. Nagle zaczyna się ulewa. Właściwie to ściana deszczu – samochody się zatrzymują i zjeżdżają na pobocze. Nasz kierowca jedzie nieustraszony. Po paru minutach ulewa znika. Kierowca wysadza nas na środku autostrady. „Tu będziecie mieli dobre miejsce do stopowania” – mówi na pożegnanie. Jesteśmy na wysokości Zadaru. Co dalej? Cofamy się na bramki. A tam jedno auto na 5 min. No może przesadzam, ale dobrze na pewno nie jest. Próbujemy łapać ale ludzie tylko jakoś dziwnie wymachują rękami, kiwają ze nie wolno czy coś. Patrzymy na mapę obok powinna być szosa krajowa… Idziemy na nią, a po drodze wyjaśnia się dlaczego kierowcy tak dziwnie reagowali. Staliśmy zaraz za tablicą zakazującą autostopu. Na drodze krajowej też dobrze nie jest. Może odwiedzimy Zadar? Nie tym razem. Dokupujemy wodę w sklepiku. I wracamy na bramki. Dojadamy resztkę chleba z dżemem który jest dżemowym odpowiednikiem taniego wina jeśli chodzi o jakość(niestety nie ma procentów;) pierwszy kęs przynosi miłą słodycz następne napawają obrzydzeniem. Po chwili wkurwiania się sytuacją wyluzowaliśmy się i spokojnie gadamy, a nawet śpiewamy dobrze że nikt nie słyszy. Całkiem miło się stoi. Słonko chyli się coraz bardziej ku zachodowi w oddali błyszczą wody Adriatyku. Koło 18 pogodzeni z opcją kimania w tamtym miejscu dajemy kierowcą ostanie szanse i po raz kolejny nie zawodzimy się. Zatrzymuje się dwudziesto paro letni Chorwat. Jak się po chwili okaże to były reprezentant kraju w taekwondo i zagorzały nacjonalista. Gadamy o piłce nożnej(jest kibolem Dinama Zagrzeb), opowiada nam o sobie, jest nieco sfrustrowany - dziewczyna go rzuciła. „Mówi, że jestem zbyt agesywny”. Dalej opowiada nam że trenuje psy do walk a w domu ma cały arsenał broni palnej. Jego rodzina walczyła podczas wojny. Ciąg dalszy gadanie o polityce(tzn on gada), chyba imponuje mu że wiemy kim był Ante Pavelić. Pokazuje nam zdjęcie chorwackiego faszysty. W portfelu trzyma je obok zdjęcia Maryjki. Sam mówi że religia jest dla niego bardzo ważna. Wspomina też coś o homoseksualistach: „oni nie są normalni”… Uważa nas – ludzi z „wielkiej katolickiej polski” za godnych towarzyszy do rozmowy. Jest tak ciekawie że prawie zapominamy o tym że mieliśmy jechać do Rijeki a nie tak jak nasz kierowca do Zagrzebia. Paszczaq dzwoni do naszej gospodyni z przed paru dni. W trakcie tej rozmowy nasz Chorwat proponuje nocleg u siebie Maya się zgodziła więc grzecznie mu odmawiamy. Do stolicy dojeżdżamy po 22. Miło żegnamy się z kierowcą. Potem spacerek pod znany nam adres… Kąpiel i miła nocka w łóżeczku.


8 sierpnia

Wstajemy późno jakoś po 10. do Rijeki już nie tak daleko. Maya tłumaczy nam jak dotrzeć na wylotówke. Idziemy zatłoczonymi ulicami centrum stolicy na tramwaj (linii 14). Wsiadamy i jedziemy, ale chyba przejechaliśmy odpowiedni przystanek bo dotarliśmy do pętli. Pani motorniczy wyprasza nas. Wysiadamy przechodzimy na przystanek w drugą stronę i po 2 minutach siedzimy w tym samym tramwaju. Okazuje się, że przejechaliśmy trzy przystanki za dużo. Trzeba było wysiąść na dziwacznym rondzie na którym tramwaje jeżdżą dołem a samochody górą. Jesteśmy w dzielnicy Novy Zagreb, która jest odpowiednikiem krakowskiej Nowej Huty tzn. jednym wielkim blokowiskiem. Idziemy wzdłuż drogi, jakieś dziewczyny łapią stopa nad morze. Idziemy dalej i dalej dochodzimy do stacji beznzynowej. Pytamy ludzie, po chwili jakiś miły koleś zgarnia nas i podwozi pod same bramki. Tam po godzinie łapania siedzimy w jadącym nad morze aucie z Częstochowy. Wciśnięci między wakacyjne pakunki mkniemy po autostradzie. Miło gadamy o różnych pierdołach. Dostajemy słodycze:) Autem podróżuje z polski młode małżeństwo z najwyżej 5 letnim synkiem. Opowiadają nam jak to oni jeździli na stopa do Francji. Nadkładają kilka kilometrów drogi żeby podwieś nas pod same bramki przed Rijeką Z tamtą jeszcze 10 km do miasta ale szybko zabiera nas jakiś starszy pan. Wysiadamy koło dworca. Dzwonimy do Stiepana – działacza RAI (Rijećka Anarchiśtićka Inicjativa) Po chwili spotykamy go. Razem idziemy pod Cont, hotel Continental , właściwie to duży plac przed nim miejsce spotkań młodzieży w Rijece. Rozmawiamy po jakimś czasie przychodzi Penks. Idziemy do biura RAI. Spotykamy kolejne osoby. Rozmawiamy o anarchizmie i tym podobnych pierdołach, schodzą się ludzie masa punków i innych, bardzo wesoła atmosfera. Ludzie piją browary, które są w podobnej cenie jak w Polsce, reszta rzeczy jest niestety droższa. Na szczęście udaje mi się znaleźć pyszny dość niedrogi sok pomarańczowy, potem dowiaduje się że to jakaś wersja dla odchudzających się. Siedzimy tam do późnej nocy jest bardzo bardzo miło. Idziemy z ekipą do mieszkania dziadków jednej z dziewczyn z RAI. Tam będziemy kimać… Ludzie gotują „obiad” (kolo 2 w nocy) my jednak zasypiamy.

9 sierpnia

Obiad jemy na śniadanie. W sumie jest południe więc teraz się zgadza. W mieszkaniu została kilkoro punków jadących na fest do Szibenika. A my dziś mamy iść na plaże może wreszcie popływamy w morzu. Wychodzimy i okazuje się, że niestety pogada się zepsuła. Nieco zawiedzeni zwiedzamy więc miasto. Ciekawa mieszanka architektoniczna. Rijeka była w przeszłości Włoska, Węgierska, Austriacka no i Chorwacka wszystko to widać w zabudowie. Spacerujemy po centrum zastanawiając się jak było tu za czasów d'Annunzio i Wolnego Miasta Rijeki, o których to pisał Hakim Bay w Tymczasowej Strefie Autonomicznej. Spotykamy Stiepana i razem spacerujemy. Chce nas zabrać do jakiegoś wegańskiego baru niestety okazuje się, że jest on zamknięte idziemy wiec na wege kebaba… W infoszopie udzielamy Stiepanowi wywiadu do ich lokalnej gazety o polskim ruchu anarchistycznym i o protestach uczniowskich o których nawet w Chorwacji słyszano. Wieczorem znowu spotykamy ludzi pod „Contem”. Dziś nie siedzimy tak długo. Jutro czeka na nas Istria…

10 sierpnia

Leniwie wstajemy. Jest już po 10. Jemy śniadanko, wolniutko się pakujemy aż szkoda opuszczać to miejsce… Wpada do nas Penks daje nam namiary na ludzi w różnych miejscach, super ma cały segregator z namiarami. Jest bardzo gorąco dostajemy jeszcze od niego butelkę wody i wskazówki którym autobusem będzie nam najlepiej jechać. Żegnamy się z nim i wskakujemy do autobusu lini nr 2. Po kwadransie jesteśmy na pętli nieco powyżej miasta. Idziemy, w lewo zjazd na autostradę dalej wzdłuż niej, piękny widok na morze! Po przejściu ponad kilometra poboczem autostrady jesteśmy na stacji benzynowej. Gdzie jedziemy? Pula, Triest a może Lubljana? Łapiemy na Pule(jest tam teraz nasz kumpel z Krakowa) bez efektu… Dobra to Triest mamy tam namiar na infoshop Germinale… Udaje nam się przekonać czeskiego tirowca żeby nas zabrał. Jedziemy wiec z nim gadu po czesko-polsku. Wyskakuje na granicach najpierw chorwacko-słoweńskiej potem słoweńsko-włoskiej. No i już w Italii jedziemy dalej. Znowu widać morze, a konkretnie zatokę nad którą leży Triest czy jak wolą Chorwaci Trst. Wyskakujemy na rozjeździe. Nasz tirowiec blokuje cały ruch żeby wysadzić nas w dobrym miejscu. Stajemy za zjazdem i w 10 min łapiemy miłą panią która zawozi nas do miasta i wspólnie z nami szuka ulicy z infoszopem. Jesteśmy w centrum i nareszcie znajdujemy! Niestety w środku nie ma nikogo… Nie udało nam się do nich dodzwonić żeby potwierdzić przyjazd. Czekamy może ktoś się pojawi. W między czasie jeszcze sprawdzamy inne opcje kimania. Dworzec wygląda całkiem miło. O 22 rezygnujemy i udajemy się właśnie w jego stronę. Pytam policjantów czy hala dworca jest otwarta całą noc mówią, że tylko do ostatniego pociągu czyli do 23 a potem dopiero od 3… Nie będzie fajnie się przenosić w środku nocy. No ale na razie rozkładamy się. W innym koncie sali już ktoś kima więc może nie będzie tak źle. Nagle obok nas rozkładają się dwaj kolesie. Są profesjonalnie przygotowani do kimania w takich warunkach. Mają wielką pompującą się matę, prześcieradło! Jeden z nich zagaduje do nas pytając po angielsku skąd jesteśmy. Gdy słyszy odpowiedzi uśmiechnięty mówi w naszym języku „to może rozmawiamy po polsku?”. Okazuje się że jest Francuzem, ma żonę polkę, poznali się na światowych dniach młodzieży(taki chrześcijański zlot) a sam pracuje jako Paryski korespondent Radia Maryja… No i jest wesoło, gadamy o Polsce oni jadą oczywiście do Medziugorie. Nie wiem kiedy zasypiamy. Sen przerywają głośne komunikaty o przyjazdach i odjazdach kolejnych pociągów. Jak się okazało policjanci nas oszukali nikt hali dworca na noc nie zamykał…

11 sierpnia

Rano zastanawiamy się co dalej… Jacyś włosi czekając na pociąg grają w piłkę. My pytamy w kiosku o autobusy podmiejskie do granicy ze Słowenią. Chcemy odwiedzić Lublianę. Niestety nie idzie dogadanie się z kioskarzem ani po angielsku ani po migowemu. Wychodzimy na ulice, a tam spotykamy towarzysza naszej podróży, deszcz. Jakoś nas nie zaskoczył swoją obecnością. Wsiadamy więc w autobus, który wydaje się nam tym odpowiednim. Wyjeżdżamy z miasta. W autobusie próbujemy pytać kierowcę ale ten zupełnie nas ignoruje. Za to zagaduje do nas starsza pani, polka mieszkająca w Trieście. Niestety poza radością ze spotkania rodaków nie udziela nam informacji czy jedziemy dobrym autobusem. Pojazd pnie się po krętych ulicach w górę. Wyjeżdżamy z centrum. Za oknem znowu podziwiamy malowniczą zatokę. Wszyscy pasażerowie wysiedli z autobusu. Na kolejnym przystanku kierowca wymownie pokazuje nam, że to już koniec trasy. Wysiadamy na małym skrzyżowaniu przy którym stoi znak z napisami SLO. Uradowani idziemy we wskazanym przez niego kierunku. Niestety zamiast spodziewanego przejścia autostradowego zastajemy malutkie lokalne przejście bez ruchu. Dwaj znudzeni włoscy celnicy mówią nam, że duże przejście Fernetti jest w drugą stronę. W strugach deszczu nieco zawiedzeni ruszamy więc z powrotem. Po godzinie marszu wreszcie je znajdujemy. Duże przejście z Tirami i masą osobówek. Ustawiamy się za przejściem robiąc tabliczkę Lubliana oraz Polska. Niech los zdecyduje czy mamy jeszcze odwiedzić stolicę Słowenii. Po dwóch kwadransach zatrzymuje się polski tir. Jutro będziemy już w domu.
pitrus
 
Posty: 1
Dołączył(a): 18 lip 2011, o 13:04
Lokalizacja: Kraków
Nr gadu-gadu: 0

Powrót do Opowieści z trasy

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

Pokaż mapę Rozpocznij podróż

Nasze podróże

Szukaj autostopowicza
Zobacz opis mapy

Lista autostopowiczów

cron