Wiesz... problem z Brnem jest taki, że... Jest w Czechach

ogólnie stamtąd jest po drodze do wszystkiego, a rzeczywiście na południe jedzie się całkiem przyjemnie. Byłam w Brnie na stacjach i na autostradzie w sumie 4 razy i średnia stania wynosiła około 25 minut.
Z kolei każdy chyba może potwierdzić, że
Bratysława to jakaś czarcia jama, albo kie licho... Ostatnia stacja benzynowa znajduje się min 70 km przed wjazdem do miasta, dwie drogi na Bratysławę - stara i nowa, przy czym po nowej jeździ jakiś 90% aut, ale jest nastroszona kamerami, a starą wlecze się pozostałe 10%... Po prostu tragedia, inaczej nie idzie tego ująć. Trzeba mieć chyba naprawdę wielkie szczęście, by trafić tam od razu stopa i nie być zgarniętym w 5 min przez policję, jak się stoi na pasie awaryjnym... W stronę do Wiednia kierowca, który mnie i kolegę podwoził, kluczył, uwaga, 40 minut (!) po Bratysławie i okolicznych wsiach, by znaleźć nam miejsce, gdzie możemy stanąć, bo przegapił ostatnią stację...
Z kolei w Bratysławie na
przejściu granicznym w stronę północy (Żilina i inne...), każdy nas zapewniał, że złapiemy tira jadącego prosto do Polski w max 15 minut. Wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że zaraz przy przejściu, naprzeciw parkingu stał komisariat policji... NIJAK nie szło złapać niczego, co samowolnie nie wjechało na parking. W ciągu niemal 3,5 h trafiliśmy na dwóch Polaków, którzy akurat jechali bardziej na wschód, a nie do Polski. Pozostali... większość kierowców również z bloku wschodniego, ani be, ani me po polsku, słowacku, czesku, angielsku, niemiecku, czy nawet włosku. Kompletne zero. Przestrzegam przed tym miejscem, na prawdę...
Oprócz tego, najgorsze wspomnienia mam z przeprawy przez
"stacje benzynowe" na Słowacji. Maleńkie, tiry mogą pomarzyć, by się tam zatrzymać, łapać nie ma gdzie... tragedia. Ponad to, nie wiem, czy akurat tylko wtedy mieliśmy takiego pecha, ale po raz pierwszy zdarzyło mi się tyyyle stać na poboczu z kartką "POLSKA" i by żadne polskie auto się nie zatrzymało... A co najmniej połowa miała nasze rejestracje.
I już na koniec... czeski
Frydek-Mistek. Za każdym razem, gdy ktoś wymawia tę nazwę, ginie mały, słodki króliczek. I kotek. I kaczuszka też.